Hydrozagadka kolejny raz w Meksyku

Meksyk urzeka nas pięknymi widokami, klimatem oraz pysznym jedzeniem. Nic dziwnego, że ciągnie tam wszystkich, nie wyłączając nurków. Tak trudno znudzić się Meksykiem, że to już nasza trzecia wyprawa. 

Jak to zwykle na naszych wyjazdach bywa, wszystkie dni są mocno wypełnione zajęciami i trudno jest znaleźć czas na spokojny, nieco nudny relaks. 

Tym razem nasz pobyt zaczęliśmy od wyspy Cozumel. Dobrze brzmi, że zaczęliśmy od wyspy, jednak najpierw musieliśmy na nią dotrzeć. Niby do tego Meksyku nie jest daleko, jednak dotarcie na miejsce plus zmiana czasu powoduje, że jesteśmy zmęczeni. Część ekipy dotarła w nocy i zaliczyła biwakowanie na plaży w oczekiwaniu na pierwszy prom na wyspę. Dobrze było po długim pobycie w samolocie i klimatyzowanych pomieszczeniach znaleźć się nad brzegiem morza. Dotarliśmy tuż przed zamknięciem barów, więc udało nam się zrobić ostatnie zamówienia i z drinkami w ręku, leżąc na plażowych łóżkach o 4 nad ranem, wsłuchiwaliśmy się w szum morza i odległe dźwięki muzyki. Podziwialiśmy gwiazdy i odpoczywaliśmy ciesząc się z pierwszego dnia urlopu. Rano mogliśmy podziwiać wschód słońca, to piękny widok, kiedy ogromna pomarańczowa kula wyłania się z wody i oświetla nam twarze. Wow, w kraju jest zimno i pada, a my ze stopami w piasku oglądamy słońce. To jest życie!

Czas jednak zabrać walizy i przejść na prom. Po krótkiej podróży docieramy na wyspę. Słońce nabiera siły i z każdą minutą zaczynamy mocniej czuć tutejszy klimat i żałować, że jeszcze nie wszystko możemy z siebie zdjąć.

Cozumel to mała wyspa, już po około 5 minutach jazdy docieramy do naszego hotelu. Głodni odbieramy klucze do pokoi i idziemy zjeść śniadanie. Dziś jajka w odmianach kilkunastu, trochę zajmuje zrozumienie, co zmawiamy i co dostaniemy, nazwy niektórych kompozycji jajecznych są dość egzotyczne.

Czekamy na resztę grupy, która dociera około południa i razem idziemy się zameldować do centrum nurkowego. Dobrze, że wszystko mamy blisko centrum, po przeciwnej stronie ulicy, więc komunikacja zajmuje nam 2 minuty. 

Cześć z nas postanawia zrobić jeszcze nurkowanie sprawdzające z brzegu, a reszta po prostu zamyka swój sprzęt, gdyż nasze prawdziwe nurkowanie zaczynamy od jutra. 

Resztę dnia spędzamy sącząc margaritę, pijąc lokalne piwo, leżąc na leżakach przy basenie – czytamy, drzemiemy – po prostu odpoczynek. Trochę czujemy zmianę czasu, więc po kolei wszyscy dość wcześnie idą spać. Ja jednak jestem głodna i zupełnie przypadkiem, gdyż nie chce mi się daleko chodzić udaję się do pobliskiej knajpki na kolacje. I yes, to strzał w dziesiątkę. Ta knajpka to odkrycie życia, wszystko jest pyszne, szybko i dużo dają jeść, a do tego ceny zupełnie inne niż w naszej hotelowej restauracji. 

Dziś, wchodząc na wagę po przyjeździe, sama nie wiem czy to było dobre rozwiązanie, ale wtedy o tym nie myślałam. Właściciel restauracji po naszym pobycie pewnie kupi sobie nowy samochód, zjadaliśmy tam wszystko, a krewetki w najbliżej okolicy zostały wymiecione do zera.

Pobyt mamy tak zaplanowany, że mamy trzy nurkowania dziennie. Rano jedziemy na dwa nurkowania a po południu na jedno, troszkę bliżej centrum. 

Zaczynamy od łatwego miejsca, pierwsze nurkowanie – i mamy piękny eagle ray – jakby zawieszony w wodzie, praktycznie się nie rusza, jakieś 5 minut przebywa z nami prezentując się nam z każdej strony. 

Rafa na Cozumel jest naprawdę piękna, pełna życia. Są rekiny, płaszczki, przepiękne zielone mureny, langusty i kraby w ilościach hurtowych. Trafiliśmy na okres dość silnych prądów, które przynoszą właśnie więcej zwierząt. Piękna widoczność, biały piasek na dnie – cudownie. Niektóre nurkowania mamy naprawdę z silnym prądem, ale już powoli jesteśmy opływani i dajemy sobie radę. Okazało się, że nurkowania z naprawdę silnym prądem były najbardziej obfitujące w rekiny i żółwie, nam się podoba bardzo.

Nurkowaliśmy również przy ścianach na samym końcu wyspy – w labiryntach skalnych. Wrażenie jest niesamowite, w każdej dziurze langusta lub krab. Nawet wisząc na przystankach bezpieczeństwa patrzymy w dół, bo ciągle coś można wypatrzeć. 

Na jednym z naszych popołudniowych nurkowań guide sprawdził prąd i okazało się, że znów płynie w innym kierunku, w związku z tym łódka przepływa trochę dalej, bo będziemy płynąć w stronę portu. Super nurkowanie, prąd nas niesie i nagle wołają nas do góry – „szybko szybko, żadnych przystanków wychodzić”.

Wynurzamy się, a tu mamy już tylko kilka metrów do ogromnego statku pasażerskiego, z rodzaju tych, które pływają po Karaibach i zawijają do różnych portów, miedzy innymi na Cozumel, gdzie cumują niedaleko miejsca gdzie nurkujemy. Jednak tak blisko nie wolno nurkować, nasz guide dostał burę od kapitana. Ale dla nas to frajda tak sobie pooglądać z bliska te metry konstrukcji, przy których nasza łupinka wygląda jak główka zapałki. 

Jedno z naszych ostatnich nurkowań, jakoś nic się nie dzieje i nagle kolega patrzy – a tu pojawia się i zbliża w naszym kierunku jakiś wielki kształt. Myśli – niemożliwe – rekin wielorybi. Hmmm okazało się ze to turystyczna łódź podwodna, ale z daleka nie słychać było pracujących śrub i podświadomość zmieniła optykę. Pomachaliśmy do ukrytych za oknami bulai turystów. Myślę, że dla nich tez byliśmy atrakcją widokową. 

Po nurkowaniach spędzamy czas odpoczywając na basenie i smakując lokalne drinki. Ostatniego dnia już nie nurkujemy, w zamian organizujemy sobie wycieczkę po wyspie.

Wynajmuję dla nas skutery, wstyd się przyznać, że to moja pierwsza przygoda na skuterze. Myślę sobie, że zabiorę skuter i pojeżdżę solo, to nie może być trudne. I tak, jako ostatnia fajtłapa spowalniam całą grupę, a wszyscy się ze mnie śmieją. Ale po kilkunastu kilometrach już się trochę rozkręcam, wprawdzie ciągle jestem ostatnia, ale czas oczekiwania grupy na mnie maleje w tempie błyskawicznym 

Objeżdżamy wyspę, zwiedzamy rezerwat z ptakami i krokodylami. Wchodzimy na latarnię, z której rozciąga się niezły widok na całą okolicę, pijemy mleczko kokosowe na hamakach zawieszonych w cieniu. Potem jeszcze kąpiel w morzu i szukamy odpowiedniej restauracji na plaży, w której dla odmiany znowu jemy owoce morza. 

Pozostał nam jeszcze do zwiedzenia kompleks San Gervasio, największe na wyspie muzeum archeologiczne, pozostałości cywilizacji Majów. Po wycieczce uciekamy już do hotelu, basen też jest dobrym rozwiązaniem po całym dniu spędzonym na skuterze. 

To już koniec tej części wakacji, którą przeznaczyliśmy na Cozumel. Teraz zmieniamy miejscówkę i zjeżdżamy na południe Jukatanu, do Tulum. Naszym celem są słynne cenoty, chcemy także zobaczyć słynne piramidy.

Kwaterujemy się w samym centrum Tulum. Miasto to z roku na rok robi się bardziej turystyczne, co powoduje wzrost cen i ilości odwiedzających gości. Cóż, taka kolej rzeczy, ale z łezką w oku wspominam czasy, kiedy Playa del Carmen i Tulum były małymi miasteczkami z niewielką infrastrukturą.

Po zakwaterowaniu w hoteliku wita nas Gosia, przywozi torby nurkowe i umawia się z nami na nurkowania. Najważniejsze, że zabiera nas do słynnej knajpy rybackiej, gdzie można zjeść najświeższe ryby i owoce morza w Tulum. Tu zawsze jest kolejka i trzeba odczekać na stolik, ale warto. Najedzeni i zadowoleni udajemy się na wypoczynek. Rano jedziemy na nasze cenoty. Pierwszy dzień w cenotach to duże przeżycie. Lekko zdenerwowani, co nas tam czeka przemierzamy korytarze słynnego Dos Ochos. Powoli się aklimatyzujemy w tym nieco odmiennym od morskiego nurkowaniu. Słodka woda jaskiń redukuje dość znacznie nasz balast. Poza tym niesamowita przejrzystość wody powoduje, że czasem się zastanawiamy czy jeszcze płyniemy czy już latamy. 

Przed wejściem do jaskiń Gosia robi nam odprawę. Nie tylko mówi nam o nurkowaniu, dowiadujemy się również ciekawych rzeczy o genezie powstania jaskiń, uderzeniach meteorytu, prawie całkowitym zaniknięciu życia na ziemi oraz o powolnym odradzaniu się życia i kształtowaniu się podwodnych korytarzy, obecnie zalanych deszczową wodą. To jedyne takie miejsce na świecie, więc tylko tu możecie w taki sposób penetrować podziemie. 

Cenoty robią wrażenie, jesteśmy oczarowani. Jednak nie dla wszystkich jest to klimat wakacyjny, niektórzy jednak zdecydowanie wolą słone wody oceanów i to tam chcą nurkować. Dobrze ze mamy wybór i możliwość sprawdzenia wszystkich opcji. To daje nam pewność, co dla nas jest najlepsze.

Innym ciekawym miejscem jest tez Angelita – cenot całkowicie odkryty. Jednak siarkowodór na około 30m tworzy chmurę, w której można się chować, co daje niesamowite uczucie. Wygada, jakbyśmy się chowali w chmurach lub jak duchy wyskakujemy ponad chmurę pozostawiając cześć ciała pod nią, tak jakbyśmy było niekompletni. Śmiesznie jest, bawimy się jak dzieci. 

I tak po kolei zaliczamy 6 nurkowań w cenotach. Każda jaskinia jest inna, ma inna strukturę, inne smugi światła ja przecinają. Zobaczyć trzeba wszystko, gdyż co nurkowanie, to inne przeżycie. Kończymy w jaskini Taj Mahal, krystaliczna woda i haloklina sprawiają, że mamy wrażenie jakbyśmy się unosili nad woda, w powietrzu. Można ręką pomieszać w haloklinie i wtedy „woda się burzy”, lub wpłynąć pod nią do wody słonej żeby się nieco ogrzać. Takie rzeczy się tam dzieją :-)

Niestety wszystko się kiedyś kończy, więc dla nas i nurkowanie w cenotach. Oprócz nurkowań chcemy jeszcze pooglądać kamienie. 

Rano wybieramy się na wycieczkę do Chichen Itza. Piramida i kompleks archeologiczny Majów i Tolteków robi niesamowite wrażenie. Trzeba koniecznie wziąć przewodnika, który pokaże różnego rodzaju triki, którymi kapłani potrafili manipulować ludnością i zmuszać ich do posłuszeństwa. Obecnie już nie wolno wspinać się na piramidę. Zakazano tego po wypadku, któremu uległa niesforna turystka. Dziś to również miejsce, gdzie sprzedaje się tonami pamiątki, wszystkie dojścia do oddalonych części kompleksu obsadzone są kramami z pamiątkami z Meksyku.

Po drodze zaliczamy jeszcze piramidę w Coba. Kompleks może nieco mniejszy, ale piramida wyższa i na nią już można wejść. Nogi bolą nas jeszcze 3 dni, chyba bardziej po schodzeniu niż wchodzeniu na górę. 

Ostatni dzień upływa nam na plażowaniu, niektórzy (wygląda na to, że prawie wszyscy), przesadzają ze słońcem i lekko spieczeni idziemy na ostatnia kolację w Tulum, żegnamy się z naszymi jaskiniowymi instruktorami, stekiem z tuńczyka lub wołowym, grillowaną ośmiornicą lub krewetkami w różnych wariacjach. Oczywiście nie brakuje wina, margarity czy mojito, raz się żyje. 

Rano po śniadaniu, które co dzień serwuje nam właściciel hotelu, bus zabiera nas na lotnisko i zaczynamy powrót do kraju. 

Żal opuszczać Meksyk, ale dobrze jest wracać do domu. Niektórzy odpoczywają jeszcze w poniedziałek, walcząc ze zmianą czasu, a niektórzy wstają jak gdyby nie zmieniło się nic i skrobią dla Was kilka słów z naszego pobytu. 

Nurkowo wszystkich pozdrawiam i zapraszam z nami na następne przygody! 
Katarzyna Zawadzka 
(zdjęcia – Grzegorz Giemza)