Hydrozagadka na wodach szybko płynących

Oj działo się działo!!!

W ostatni weekend poszaleliśmy Hydrozagadkowo. Postanowiliśmy sprawdzić się na torze wodnym i poćwiczyć umiejętności z ratownictwa na wodach szybko płynących. Już w piątek całą ekipą spotkaliśmy się w Wietrznicy niedaleko Łącka. Rozpoczęliśmy dość sprawnie ogniskiem i imprezą do białego rana. Niektórzy mówią, że był to najtrudniejszy odcinek tego 3 dniowego maratonu. Tańce i hulanki, przyśpiewy i pogaduchy. Niektórzy już wstawali, inni się jeszcze nie kładli – ot początek weekendu.

Rano po śniadaniu mieliśmy zbiórkę na odprawie. Zajęcia były prowadzone przez Marcina Zdybała. Jest ekspertem w wielu dziedzinach, jednak w ten weekend prowadził dla nas szkolenie na torze wodnym. Wszystko musiało być 100% profesjonalne i bezpieczne. Ubrani w skafandry i buty neoprenowe, zaopatrzeni w kapoki i kaski udaliśmy się na odprawę. Obecność 100%. Nasz trener Marcin poinstruował nas jak się zachować w wodzie, co robić z rękami i nogami, na co zwrócić uwagę. I tak na rozgrzewkę bieganie w płytkiej wodzie – niesamowite jak woda do łydki porywa nasze stopy i jak łatwo się wywrócić. Później skoki ratownicze na „żabę”. Do płytkiej wody trzeba umiejętnie wskakiwać. Jeszcze poruszanie się w wodzie płynącej, wiedza o tym jak podpływać do przeszkód i kraul do brzegu.

Na początku było jeszcze spokojnie ale im dalej się posuwaliśmy, tym woda była coraz bardziej wzburzona i rwąca – to były dla nas naprawdę ekstremalne przeżycia. Nikt nie wymiękł, w dwóch grupach ćwiczyliśmy dzielnie, czasem szczękając zębami ale do końca spławialiśmy się i ratowali w coraz trudniejszych warunkach. Później jeszcze wędrówka pod prąd i oddychanie pod wodospadem. Woda się leje na głowę, a my na samych rękach, oddychając przeprawiamy się na druga stronę rzeki. Potem jeszcze ratujemy się nawzajem, trochę to wprawdzie przypominało topienie się, ale najważniejsze to się nie puścić. FAJNIE BYŁO!! Po obiedzie zmęczeni i wypompowani z sił, a tu trzeba teraz zacząć walkę na pontonach. Pontony przygotowane przez Marcina (pinpack packrafting) to cudo techniki. Lekkie, ponton waży niecałe 3 kg, można go ze sobą zabrać wszędzie, napełnia się go pompką z kawałka szmaty, siedzisko to dmuchana poduszka na rzepy a całość stanowi maszynę do przeprawiania się w najbardziej wymagających wodach. Przepływamy przez ostre kamienie, uderzamy o skały brzegi a tu nic się nie dzieje jedynie strach ze będzie dziura ale powoli się przyzwyczajamy że jest bezpiecznie. Oczywiście przed wejściem musieliśmy jeszcze ćwiczyć tak zwane „kabiny” czyli wywrotki i wydostanie się spod wody, trzeba utrzymać w rękach wiosło i najlepiej nie zgubić pontonu.

Dobrze! Jesteśmy gotowi do spływu, tu dopiero zabawa, woda pędzi, z pontonem niewiele się da zrobić, ja chcę w lewo a on w prawo itd. Czasem tyłem, czasem przodem, najśmieszniej jest, że woda niby płynie w dół, a nas jakieś wiry zatrzymują i trzeba się namachać, żeby znowu wpaść we właściwy nurt i płynąć dalej. Nawet nie wiadomo kiedy czas upłynął… już po 18, Pędzimy się przebrać i na kolację a potem ognisko. Pogoda nas rozpieszcza, więc trzeba to wykorzystać, dziś już na ognisku spokojniej, więcej gawędzimy, opowiadamy. Marcin raczy nas historiami z życia strażaka i ratownika, człowiek nabiera respektu do żywiołów.

Niedziela budzi nas słońcem, woda szumi w tle, zielono, ptaki śpiewają a przed nami dziś spływ Dunajcem. Jako że pontony są lekkie, możemy sobie je wrzucić do wody i wyjąć gdzie chcemy, nie jesteśmy uzależnieni od specjalnych uwarunkowań brzegowych. I tak nasz Marcin zorganizował dla nas 24 km spływu po najpiękniejszych zakolach Dunajca. Mijaliśmy flisaków rozpoczynających swój spływ – najpierw polskich, później słowackich, następnie miejsce gdzie rozpoczynają się spływy kajakami i pontonami. Później zostawialiśmy ich wszystkich tam gdzie kończyli swoją przygodę, a my płynęliśmy dalej. Kilka razy trzeba było się zatrzymywać wylać wodę z pontonów, jednak te rwące rzeki rządzą się pewnymi prawami. Momentami pontony znikały pod wodą, by po chwili się wynurzyć ale już z woda w środku, fajna zabawa.

Kończymy za Krościenkiem. Po prostu wychodzimy sobie na brzeg, jednym palcem wyciągamy ponton. Panowie jada po samochody a my pędzimy po oscypki do budki. Zamówienie – 80 oscypków na miejscu – nieco pana zdziwiło. Nie muszę dopowiadać że brakło!

Budziliśmy sensację na Dunajcu, bo 24 osoby w pontonach stanowiły silną grupę pod wezwaniem a jeszcze trzymały się nas wygłupy, byliśmy atrakcją dla mijających nas tratw oraz ludzi przechadzających się brzegiem.

O dziwo po prze płynięciu takiej odległości nie bolą nas ręce. Ja zupełnie niewprawiona w wiosłowaniu powinnam umrzeć ze zmęczenia, a tu nic. Ponoć to zasługa tej lekkości sprzętu on po prostu sunie po powierzchni wody. Ale wolę myśleć że to moja, jak i pozostałych uczestników krzepa i dobra kondycja.

Popatrzcie na foto relację. Tak się bawiliśmy. Te zdjęcia zawdzięczamy niezmordowanej Oli, która biegała z aparatem wszędzie. Dziękuje wszystkim wspaniałym uczestnikom, gratuluję hartu ducha, odważnych skoków i spływów, dziękuje za fantastyczna atmosferę. Najbardziej jednak pracowały mięśnie brzucha – to od śmiechu. Ponoć to najważniejsze dla zdrowia.

Prosimy pozostałych fotoreporterów o zdjęcia i filmy – umieścimy na stronie.

Do szybkiego zobaczenia

Kasia