Hydrozagadka i magiczny Vis

Ostatni tydzień września od kilku lat spędzamy na Visie – to już nasza Hydrozagadkowa tradycja.

Niejednokrotnie pisałam już relację z naszego pobytu w tym niezwykłym miejscu, jednak za każdym razem urok wyspy, niezwykła atmosfera i piękno na nowo zapiera dech w piersi. Cóż – kochamy tu być!

Miejsce jest naprawdę niezwykłe, przy każdym pobycie czerpiemy stąd energię garściami – aż żyć się chce! Pogoda w tym roku przeszła nawet nasze dość wygórowane oczekiwania. Nie dość, że było ciepło, to przez cały tydzień towarzyszyło nam przepiękne, bezchmurne niebo. Dodatkowo morze gładkie jak tafla, praktycznie bez jednaj zmarszczki. Niesamowite!

Jestem wdzięczna za pogodę tym bardziej, że plan mieliśmy dość ambitny i nie było w nim czasu na odpuszczenie nurkowania czy większe zmiany. Część ekipy gotowała się do zaliczenia Normoksycznego Trimixu. Wszystko, co do minuty i metra poszło nam jak z płatka. Każde miejsce zostało idealne wykorzystane do celów kursowych, a zarazem dostarczało 100% satysfakcji. Nie musieliśmy nic zmieniać, wszystko nam zagrało. Zresztą zdjęcia, dzięki uprzejmości, wytrwałości i zacięciu fotograficznemu Konrada, oddają w pełni klimat, który towarzyszył tym zmaganiom pod wodą. I tak Lechu, Konrad i Jasiek zakończyli swój kurs Trymixu i dziś w bezpieczny sposób mogą planować eksploracje głębszych, podwodnych wraków czy innych, mniej dostępnych reszcie nurkowych celów. 

Następna silna ekipa – Mariusz z Makarym – to nurkowie, którzy planowali zakończyć kurs Hypoksycznego Trimixu, tu już potrzebne było zdecydowanie więcej sprzętu a na zdobycie czekały większe głębokości. Tak więc w czwartek poszliśmy zaliczać ostatnie kursowe nurkowanie. Także tym razem pogoda postanowiła nie utrudniać życia. Dobra widoczność i słaby prąd pozwoliły ukończyć wszystko w 100%. Po odbyciu dekompresji wesoło wchodziliśmy na łódkę, tym bardziej, że niektórym (cześć Makary) włączała się głupawa, co skutkowało przemieszczaniem się niektórych elementów naszego sprzętu.

Spotykały nas nie tylko nurkowe bonusy. Raz czekając na swoją kolej nurkowań towarzyszyliśmy dziewczynom wykonującym akrobacje na linach, nad taflą morza. Widok zapierający dech w piersi! Jednak wyglądało na to, że najbardziej tym widokiem ekscytowałam się ja, Panowie byli zajęci oglądaniem łodzi wpływających do jaskini oraz planowaniem nurkowań. Świat się kończy!!!! 

Również w tym miejscu chciałam podziękować Marii, która zgodziła się pojechać na „ męskie nurkowanie techniczne”. Zatkała nieco uszy, dzięki czemu przeżyła i zdołała nas wyposażyć w zdjęcia z przygotowań do nurkowania. Do tej pory nikt nam takich nie zrobił. 

Poza tą partią nurkowań mieliśmy nowych adeptów OWD oraz „suche skafandry”, które robiła nasza młodzież. Rosną nam te dzieciaki i po nich najbardziej widać, jak czas szybko biegnie. Nurkowie rekreacyjni zaliczali podwodne góry, jaskinie i wraki. A wszędzie czekała na nas spokojna woda i naprawdę super widoczność. 

Po zajęciach w wodzie biesiadowaliśmy przy małym piwie, pizzy czy innych lokalnych specjałach. Obowiązkowo w codziennym menu musiały się znaleźć przepyszne i uzależniające lody. Wieczorami trochę śpiewu, żartów i towarzyskie pogaduchy. Jednak wszyscy chodziliśmy wcześnie spać, nikt nie chciał zrezygnować z nurkowań. 

Na szczęście mieliśmy też z nami „nie nurków” – to oni odkrywali wyspę, informowali o lokalnych specjałach oraz miejscach gdzie warto wybrać się na zakupy. Agnieszka zgodziła się nawet odstawić wózek z córeczką i zająć się fotografowaniem uczestników wyjazdu, dzięki czemu prawie każdy odnajdzie się na zdjęciach i będzie miał wspomnienie z pobytu.

Za rok znowu pojedziemy na Vis, a i Was zapraszamy z nami. Nie traktujemy tego wyjazdu jako wybór. To obowiązkowy punkt programu na Hydrozagadkowej liście i niech i dla Was takim się stanie.

W imieniu całej Hydroekipy dziękujemy Andiemu z centrum nurkowego Manta. To przyjemność z nim pływać i współpracować, wszystko zawsze gra i nie ma rzeczy nie do zrobienia. Andi tak potrafi zorganizować nasze zróżnicowane nurkowania, żeby wszystkim się podobało – a to przecież najważniejsze. 

Oczywiście nie obyło się na koniec bez słynnego tiramisu Aniski, która dołożyła do deseru jeszcze lokalne nalewki. Po spróbowaniu każdej, niektórym krok się nieco rozjechał, ale szczęśliwie wróciliśmy do hotelu, żeby się spakować na powrót do domu. Ze śpiewem na ustach i muzyką w duszy opuściliśmy nasz Vis, jednak nie na długo. Wracamy przecież prawie za chwilkę znowu. 

A jak się bawiliśmy popatrzcie na zdjęciach. 

Pozdrawiam Was nurkowo, Kasia.

Dodaj komentarz