Hydrozagadka w Indonezji – nurkowanie i czarna magia – część I

Część I – Toraja

Pod koniec roku czekało nas nie lada wyzwanie. Planowaliśmy odwiedzić mniej popularną turystycznie część Indonezji, a mianowicie Południowe Sulawesi. Rozpoczęcie wyprawy to moment, w którym zorientowaliśmy się , że nasz fotograficzny aparat nurkowy został w domu a my jedziemy na wyprawę życia zaopatrzeni tylko w telefony komórkowe. No cóż, i takie momenty w życiu bywają. Jednak dzięki uprzejmości Moniki, możemy się podzielić widokami i wspomnieniami również w formie fotograficznej.

Część egzotyczną naszej podróży rozpoczęliśmy w Singapurze, gdzie zatrzymaliśmy się na noc. Mogliśmy choć przez chwilkę poczuć atmosferę tego miasta. Po kolacji, która składała się z wielu miseczek z różnymi daniami do skosztowania (raczyliśmy się jednak gównie owocami morza, gdyż mimo wszystko w tej części świata smakują lepiej niż w Polsce) postanowiliśmy pozwiedzać miasto nocą. Rano czekał nas dalszy lot, a po nim długa podróż w głąb lądu do słynnej krainy ludów Toraja.

Z lotniska zabraliśmy się wygodnym busem. Z naszym miłym kierowcą, dość dobrze komunikującym w języku angielskim, zaczęliśmy się przeciskać przez korki w kierunku wyjazdu z miasta. Podróż trwała około 8 godzin, niestety to jedyna opcja żeby dostać się w głąb górzystego rejonu środkowej części wyspy. To tutaj żyją mieszkańcy ludu Toraja. Miejsce jest niezwykłe. Przede wszystkim znajduje się w sercu gór, więc klimat jest chłodniejszy i wilgotny. Można powiedzieć, że jak na tropiki, panuje miły chłód :-) . Po zakwaterowaniu w hotelu uznaliśmy, że jest całkiem nieźle – hotel utrzymany w klimacie regionu, jako ozdoby wzdłuż głównego wejścia stoją domy zwane Tongkonan, w których według miejscowych tradycji przechowuje się ryż. Obszary górskie, przez nieco zimniejszą temperaturę mają dłuższy okres wzrostu roślin więc zbiera się tu plony nieco rzadziej niż w innych rejonach wyspy. Ryż to podstawa diety, dlatego miejscowi nauczyli się go przechowywać w specjalnych „domach”. Domy są ustawione w kierunku północ – południe a ryż jest przechowywany wysoko na ziemią, pod dobrze izolowanym dachem, co pozwala długo przechowywać ziarno. Domy ludu Toraja mają dachy w kształcie łodzi, to ponoć dlatego żeby uczcić pamięć przodków, którzy przybyli na te tereny drogą morską. Dachy maja również specjalną konstrukcję termiczną, która zapewnia dobra izolację. Generalnie ten obszar Sulawesi to cześć chrześcijańska, jednak przetrwało tu wiele elementów tradycji i starych wierzeń. Mieszkańcy krainy żyją zgodnie z tradycją i kulturą przodków. Bardzo mocno rozwinięty jest tu kult śmierci, a pogrzeb w rodzinie to najważniejsze wydarzenie. Kosztuje majątek, ale oczywiście odprawia się go w zależności od zamożności rodziny oraz przynależności do kasty. Pomijając szczegóły kulturowe, powiem, że mieliśmy okazję wziąć udział w pogrzebie i zobaczyć rytualny ubój bawołów. Na uroczystości pogrzebowe przybywa się z prezentami, więc i my najpierw odwiedziliśmy pobliski market, żeby kupić cukier i papierosy jako podarki dla rodziny. Dobraliśmy jeszcze, już nieobowiązkowo, cukierki dla dzieci. Zaopatrzeni w prezenty, docieramy na miejsce. Żeby dostać się do domu, gdzie odbywają się uroczystości, brniemy przez błoto. Ja mogę powiedzieć , że wyrwało mnie z butów, dosłownie zostawiłam klapki w błocie i dalej szłam boso. Po dotarciu na miejsce, zostajemy przedstawieni rodzinie i zaproszeni do… i tu trudno znaleźć słowo. Pod dachem sklecone z desek „podłogi” pozwalają usiąść nad błotem. Poczęstunek to zapiekane banany i wino ryżowe, można się również poczęstować „betelem” – to rodzaj orzecha, który żuje się, a potem kręci się w głowie. Wiecie co mam na myśli. Tak zaopatrzeni czekamy na rozwój wypadków. Po pewnym czasie, wprowadzają na teren przed domem bawoły, jeden po drugim, przywiązują do palika za nogę i podcinają gardło. Widok nie jest ciekawy, jednak na miejscowych wydaje się nie robić to wrażenia, w mgnieniu oka oprawiają bawoła, tną mięso na kawałki i nawlekają na włókna z trawy. W tym czasie mistrz zabija następne zwierzę. W międzyczasie miejscowi notable zajmują miejsca centralne a co zamożniejsi goście przynoszą jako podarki żywe świnie. Dość specyficzna forma celebrowania jak dla nas.

Inny, bardzo oryginalny zwyczaj to podejście do osoby zmarłej przed pochówkiem. Zmarła osoba zostaje w domu rodzinnym tak długo, aż rodzina przygotuje się do pogrzebu i uzbiera odpowiednią sumę na zorganizowanie go. Czasem może to potrwać nawet kilka lat. Do czasu pogrzebu, trzy razy dziennie przynosi się jej posiłki, rozmawia się z nią, odwiedza. Dzieje się tak, gdyż mieszkańcy wierzą, że taka osoba jest chora i wymaga opieki. Najczęściej obowiązki te są spełniane przez najstarszych członków rodziny, gdyż młodsi, niedoświadczeni mogliby nie okiełznać złych mocy i zachować się na skutek tego niewłaściwie. Starsi natomiast radzą sobie z mocami dobrze. Zmarły, który czeka w domu na pogrzeb nazywany jest Toma Kula. Pytałyśmy w jaki sposób przechowują tak długo zwłoki w domu. Ponoć zwłoki w niewielkim stopniu się balsamuje, tylko powierzchownie a reszta to już czarna magia, dlatego stan Toma Kula jest dobry, pomimo przechowywania w domu.

Nie tylko wyprawienie pogrzebu jest drogie, również sam pochówek wymaga opłat i nakładu pracy. Mieliśmy okazje zwiedzać miejsce chowania zmarłych. Oglądaliśmy wydrążone w skałach wapiennych dziury, do których wkłada się trumny. Może się nawet zdarzyć, że przy braku nakładów finansowych, przygotowanie miejsca na trumnę zajmuje rodzinie ponad dwa lata. Co zacniejsi mieszkańcy mają dodatkowo zamawianą lalkę, która jest przygotowana na podobieństwo zmarłego i zostaje wystawiona na pokaz. Kiedyś chowano trumny tylko w wydrążonych skałach wapiennych, dziś już dopuszcza się również inne, nieco tańsze formy – na przykład na wbitych do ścian kołkach drewnianych, lub pozostawienie na ziemi w naturalnych jamach czy półkach. Po latach drewno się rozsypuje, kości wypadają i w takiej formie leżą na ziemi. Dla nas to dziwny widok.

Inny zwyczaj dotyczy chowania małych dzieci. Te które jeszcze nie ząbkowały, są chowane od razu, tutaj się nie czeka i nie wyprawia pogrzebu. Dzieci są chowane w drzewach, oddaje się je matce naturze uważając, że one należą do niej, a nie do świata ludzi. Ważne jest, by drzewo miało mleczne soki, po jakimś czasie taka dziura z dzieckiem powoli zarasta i jest to tak, jakby dziecko wróciło do natury. Trudno było nam to zrozumieć, podlegamy innym prawom, mamy inne zwyczaje, czasem trudno nam było odnaleźć sens tych zachowań.

Dla nas również nie jest zrozumiałe to, dlaczego rodziny zapożyczają się czasem na kilka pokoleń żeby wyprawić pogrzeb. Trzeba tam pojechać, zobaczyć, ale przede wszystkim odczuć miejscowy klimat. Po jakimś czasie, zaczynam powoli przyzwyczajać się i akceptować zwyczaje. Jak każdą kulturę, trzeba ją traktować kompleksowo i bardziej zaakceptować niż rozumieć sens czy logikę zachowań.

Zostaliśmy również zaproszeni do domu, gdzie Toma Kula czeka na pogrzeb już sześć lat. Wiadomo, że w przyszłym roku będzie pogrzeb. Na pogrzeb zjeżdża się cała rodzina, czasem z różnych rejonów świata. To będzie najważniejszy dzień dla nich. W pogrzebie uczestniczy cała wieś i okolice. Wszyscy przynoszą podarki a sam pogrzeb trwa kilka dni. Pozwolono nam zrobić zdjęcia Toma Kula, zwiedzić dom, w którym przebywa. Wszyscy uśmiechnięci i przyjaźni, witają nas i zapraszają, oferując poczęstunek. Toma Kula leży w trumnie, która ma szybkę, przez którą widać ciało. Odwiedzając taką osobę też trzeba przynieść podarki, dotyka się prowizorycznej „trumny” żeby dać znać że się chce z nią porozmawiać. W pokoju znajduję się również miejsce dla osoby, która śpi ze zmarłą a wokół po prostu toczy się normalne życie.

Nadziwiliśmy się tej niespotykanej tradycji i wyruszamy dalej, podziwiając piękne widoki, góry, pola ryżowe i niesłychane kształty chat ludów Toraja.