Hydrozagadka w Indonezji – nurkowanie i czarna magia – część II

Część II – Sengang, Bira

Opuściliśmy region zamieszkały przez lud Toraja i powoli przesuwamy się na południe, żeby zwiedzić inne rejony południowej części Sulawesi. Opuszczamy część chrześcijańską i wjeżdżamy do części muzułmańskiej. Nie ma żadnych granic, ale widać inaczej ubranych ludzi, inne domy, pola, nawet zwierzęta są inne. Po drodze mamy w planie zatrzymać się nad jeziorem Sengang, gdzie ciekawostką są pływające domy. Pływające domy wyglądają jak zabudowana tratwa i są zamieszkane przez rybaków. Niegdyś tratwy zamieszkiwały całe rodziny, dziś często kobiety z dziećmi mieszkają w mieście i tylko dowożą jedzenie na jezioro, dzieci chodzą do szkoły.

Jezioro jest naprawdę duże i nie zawsze wiadomo gdzie taki dom zdryfuje. Zwiedzanie wygląda w ten sposób, że pływa się kajakami z silnikiem i szuka domów po jeziorze. Udaje nam się dotrzeć do jednego z nich i schować przed burzą. Skorzystaliśmy z gościny mieszkańców, wypiliśmy kawę i przeczekali nawałnicę. Mogliśmy już na sucho wrócić do miasteczka. Miasteczko nie jest nastawione turystycznie, nikt nie rozmawia po angielsku, dogadujemy się na migi. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy miejsce, które może nie wyglądało na restaurację, gdyż w środku „sali konsumpcyjnej” domownicy robili pranie, ale za to przyrządzona ryba była wyśmienita. Dostaliśmy też po butelce piwa, więc szczęśliwi, najedzeni mogliśmy się udać do hotelu. Rano czekała nas podróż docelowa, czyli przejazd do resortu nurkowego.

Po kilku godzinach jazdy skończyła się nam droga, a my dalej jedziemy po wybojach i docieramy na miejsce. Pomijając to, że to koniec świata, mamy piękną piaszczystą plażę, lazurową wodę, spokój i ciszę. W ośrodku jest klika osób, które za trzy dni wyjeżdżają i praktycznie zostajemy sami. To naprawdę są wakacje. Jedynie na weekendy przyjeżdżają okoliczni mieszkańcy i wtedy widać i słychać ludzi na plaży, poza tym dniami jest cicho. Choć mamy restaurację w pensjonacie, korzystanie z niej jest ograniczone. To znaczy, że jedzenie zamawia się na dzień do przodu, i nie zawsze można zamówić to, co w karcie gdyż bywa ze nie dostanie się odpowiednich składników. Poza tym mamy pyszną kawę, zresztą wszędzie dostawaliśmy naprawdę dobrą, za wyjątkiem hoteli. Oczywiście pędzimy na plażę, zanurzamy się w wodzie, pływami chlapiemy – jest bosko. Podobało nam się na wyciecze objazdowej, ale już najwyższy czas wejść do wody. Nie możemy się doczekać. Najpierw dziwimy się, że nurkowanie zaczynamy dość późno, następnego dnia jeszcze później… troszkę protestujemy, nie chcemy się wysypiać, tylko nurkować. Okazuje się, że pływy są tak duże, że musimy czekać na przypływ – inaczej nie da się podpłynąć łodzią, a co dzień jest inna godzina przypływu. Po naszych protestach właściciel zorganizował wypłynięcie z portu. Wprawdzie to pół godziny jazdy autem po dziurach, ale możemy wcześniej zacząć nasz nurkowy dzień. Port to wyzwanie, zresztą zobaczcie sami. Zdjęcia pokazują jak bardzo zaśmiecony jest to kraj. Czwarty dzień jest dla nas łaskawy i możemy ruszać od „siebie “, nareszcie możemy dokładać trzecie nurkowanie do naszego planu dnia. Nurkujemy z łodzi rybackich, przystosowanych dla nurków, załoga to naprawdę uśmiechnięci, uwijający się przy nas pomocnicy. Pod wodą pięknie, ciepło, widoczność zachwyca. Pełny relaks. Co możemy zobaczyć ? Jak to w Indonezji, small staff, więc nurkując przeszukujemy rafę przesuwając się w ślimaczym tempie. Czas nie wiadomo, kiedy mija i po 70 minutach powoli trzeba się zbierać do wyjścia. Miejsca na większą rybę są z dość dużymi prądami i nieco głębiej, te nurkowania kończą się szybciej i często trzeba robić w toni przystanek bezpieczeństwa. Za to oglądamy rekiny, żółwie i barakudy oraz pod nami nasze bąble. Takie prądy bywały . Miejsca nurkowe zróżnicowane, rafy piękne, zdarzały się jednak kawałki mocno zaśmiecone i zniszczone. Ponoć to dzieło miejscowych rybaków , którzy „łowią” na materiały wybuchowe.

Jednak najpiękniejsze nurkowania (według mnie oczywiście) odbywały się w okolicach mniejszych wysp. Żeby tam dotrzeć płyniemy dość długo, bo około godziny. Za to pod wodą niesamowita widoczność, bajkowe kolory i moje ulubione frog fish – różowe, czarne, zielone, czerwone, żółte – jestem zachwycona! Leaf fish to już norma, czasem po kilka na nurkowaniach, a potem wiadomo, mureny, węże, płaszczki, ośmiornice, żółwie i co tam jeszcze sobie życzycie. Miałam małą przygodę na jednym nurkowaniu. Czekamy, żeby się zanurzyć, ja na 5m pod wodą, a tu płynie do góry wąż, żeby zaczerpnąć powietrza. Oglądam go, podziwiam podpływając blisko, a on zaczyna się zanurzać po zaczerpnięciu powietrza. Nagle popatrzył na mnie, zmienił kierunek i płynie wprost na mnie. Myślę: aż tak blisko nie chciałam oglądać, mówię o kilku centymetrach, na szczęście się zorientował ze nawet moje gabaryty to jednak nie rafa i po przemyśleniu sprawy poszybował w dół. Wszystkim się podobało to nasze spotkanie .Po nurkowaniach odpoczynek, masaż, piwko i czas do łóżka, bo rano znów pędzimy do wody. Czas mija szybko, przeplatany pysznym, egzotycznym jedzeniem. Ja jestem fanem zupy krewetkowej z mlekiem kokosowym na ostro. Co drugi dzień jest zupa, a w pozostałe – danie z ryżem. Pomimo tego, że zamawiamy zawsze to samo, smak za każdym razem jest inny. Odkryłam, że w zależności od tego, kto ma dyżur w kuchni taki posiłek zostaje serwowany. Taka niespodzianka szefa kuchni.

Ostatni dzień nadchodzi szybciej, niż byśmy chcieli. Wyjeżdżamy z naszego ośrodka do stolicy południowego Sulawesi – do Makassar, lub jak kto woli Ujum Pandang. Mamy jeszcze jeden dzień na zwiedzenie miasta. Idziemy do Fortu Rotterdam, tutaj znajduje się muzeum dziejów obronnych miasta. Podziwiamy też nową część stolicy, projekt żywcem wzięty z Dubaju, zobaczymy czy uda się go dokończyć w takiej skali jak to jest na projekcie. Wieczór spędzamy przy drinku w barze z basenem na dachu, gdzie możemy podziwiać całą panoramę miasta i światła odbijające się w morzu. Bierzemy ostanie wdechy ciepłego morskiego powietrza, bo rano po śniadaniu jedziemy na lotnisko. Czas też pożegnać się z Moniką, która towarzyszyła nam dzielnie, nie uciekła z ekscentrycznych miejsc i próbowała indonezyjskich potraw, pomimo tego, że jedyna kuchnia, jaką toleruje to europejska z nastawieniem na włoską.

I tak czas podróży dobiegł końca, my planujemy następne wyprawy, jeżeli marzycie o dalekich podróżach i chcielibyście czas ten dzielić z nami to zapraszam, wybieramy się znowu.

W podróżniczym nastroju pozdrawia Was

Katarzyna Zawadzka