Hydrozagadka zwiedza Izrael

Listopad to dobry moment, żeby zanurkować w ciepłych wodach. Jednak nie samym nurkowaniem człowiek żyje. Tym razem wyjazd zapewniał również coś dla duszy podróżnika, dużą dawkę historii – przejazd po nowym państwie Izrael śladami naszych przodków.

I tak wylądowałam w Izraelu. Ponieważ graniczy on z Egiptem, a dokładnie z półwyspem Synaj, czyli do mojego ukochanego Dahab jest rzut kamieniem, nie spodziewałam się większych różnić pomiędzy oby dwoma państwami. I tu się zdziwiłam, bo wylądowałam w zupełnie innym świecie. Tel Awiw to duże, ładne miasto do którego wiodą dobre drogi. Pięknie oświetlone i pełne życia. Tak więc po załatwieniu formalności bierzemy busa i udajemy się prosto do miasta Eilat. Tu gospodarz oddaje nam do użytku nowy, komfortowy apartament i pędzimy na miasto. Na początek falafele na ostro, trzeba spróbować, są pyszne i idziemy na piwo. Wybór piw nas zdziwili, prawdziwy europejski pub z muzyką na żywo, a trzeba dodać że chłopcy grali świetnie. Jedynie ceny nieco ponad europejskie ale trzeba było się poświęcić. Ponieważ byliśmy jedynymi tańczącymi na parkiecie po koncercie zebraliśmy brawa, chyba nawet większe niż artyści.

Drugi dzień w Izraelu, to zaplanowane nurkowania, więc spać idziemy dość wcześnie. I tak był to długi dzień. Rano po krótkich poszukiwaniach znajdujemy centrum nurkowe z długoletnią tradycja. Właściciel jest pierwszym nurkowym instruktorem w Izraelu, ma numer instruktorski . Początkowo mieli to centrum w Dahab, potem po przesunięciu granic w Tabie, a obecnie w Eliacie. Dziś klientami zajmują się już ich dzieci, ale właściciele ciągle z uśmiechem doglądają całości. Morze Czerwone wszędzie jest piękne, więc i tutaj jest co oglądać pod wodą. Poza tym właściciele polecają nam na wieczór restauracje do których warto zaglądnąć, wiec mamy w planach steki (chyba najlepsze na świecie) oraz ryby. Smaki niesamowite, ceny tez J.

Po trzech dniach opuszczamy Eliat i przejeżdżając przez kopalnie króla Salomona zaglądamy do domu Dawida Ben Guriona. Uważany dziś jest za założyciela państwa Izrael, ale urodził się w Polsce w Płońsku. Można powiedzieć, że mamy tam polski akcent, zresztą nie jeden. Trzeba powiedzieć, że człowiek ten oddany idei, żyjący nader skromnie, mógłby służyć za wzór niektórym politykom i osobom sprawującym władzę. Po drodze wypada jeszcze zwiedzić górę na której Dawid pokonał Goliata i pędzimy do Jerozolimy. Zakwaterowani w samym centrum starego miasta, zostaliśmy osadzeni w centrum tego tygla kulturowego. Trudno na początku zrozumieć te wszystkie animozje kulturowe, ale po jakimś czasie człowiek zaczyna to wszystko akceptować, tam po prostu tak jest. Żydzi mieszkają w swojej dzielnicy, gdzie czujemy się jak w Warszawie przed wojną. Wygląda dokładnie jakbyśmy się wehikułem czasu przenieśli w lata przedwojenne. Następna ulica – jesteśmy na arabskim targu, następna to rosyjskie cerkwie i budowle, obok żyją Ormianie, wszyscy pozamykani w swoich kulturach, odgrodzeni od siebie a jednak w jednym mieście czyli razem. Te cztery dni Jerozolimy i okolic to bardzo dużo zabytków, miejsc i wiadomości. Jedziemy oczywiście do Betlejem , gdzie urodził się Jezus. Miejsce do „należy” do Arabów a chrześcijanie mają swój kościół obok. Kawałek dalej kaplica gdzie ludzie z całego świata jeżdżą modlić się o płodność. Drogi w centrum Betlejem są oblegane przez manufaktury z dewocjonaliami. Widać również akcenty polskie. Niesamowite jest to, że całe Betlejem jest otoczone murem i żeby się z niego wydostać trzeba przejść prze kontrolę. Wiec ludzie mieszkający w Betlejem żyją tam naprawdę zamknięci i kontrolowani, a cały świat stoi w kolejce żeby wjechać i odwiedzić miejsce narodzenia Jezusa. Zwiedzamy jeszcze Macheront, twierdze wybudowaną przez Heroda Wielkiego. Nam znany bardziej z rzezi niewiniątek jednak trzeba mu przyznać był wielkim budowniczym. Rozmach jego budowli przetrwał do dziś. Oczywiście obowiązkowym punktem programu jest kąpiel w Morzu Martwym. Śmiesznie jest tak siedzieć w wodzie i nie zanurzać się. Można przyjmować dziwne pozycje, tylko trzeba uważać żeby nie chlapnąć w oko. Również drobne zranienia pieką, wiec trzeba uważać. Przy okazji wycieczki nad Morze Martwe zwiedzamy chyba najsłynniejszą twierdzę Heroda: Masadę. To praktycznie niezależne od dostaw z zewnątrz miasto, które wybudował na szczycie góry. Potrafiono wtedy z niewielkich opadów rocznych zgromadzić w ogromnych cysternach zapas wody wystarczający na cały rok zarówno do użytku mieszkańców, jak i do upraw oraz zwierząt. Specjalny system kanałów zbierał wodę z całej powierzchni góry. Niesamowite wrażenie. Poza tym na szczyt tej góry prowadziła tylko jedna droga, w zawiązku z tym nie można było zaskoczyć mieszkańców twierdzy.

Na ostatni dzień zostawiliśmy sobie centrum Jerozolimy. Czyli wąskie uliczki starego miasta, grób Chrystusa i kawałek golgoty , gdyż góra została dosłownie rozebrana rzez turystów. Każdy pragnie mieć kawałek z góry u siebie – i tak góry już nie ma. Przed nami droga krzyżowa, która tak naprawdę biegnie przez arabski targ. Obowiązkowa na liście Ściana Płaczu. Nie wiedziałam, że Ściana Płaczu to dlatego, że Żydzi nie mają obecnie jedynej świątyni, została z niej właśnie tylko ta ściana. Ponieważ w ich religii świątynia jest tylko jedna i musi stać właśnie tam, a obecnie miejsce nie należy do nich, nie mogą jej odbudować. Na miejscu świątyni stoi meczet, zresztą w tym najbardziej chrześcijańskim mieście nie słychać dzwonów, tylko nawoływania z meczetów, których jest bardzo dużo. Dla muzułmanów to tę ważne miejsce gdyż tam właśnie Mahomet wjechał do nieba na swoim koniu.

Oczywiście jeszcze Góra Oliwna, z miejscem wniebowstąpienia Jezusa i kościołem Ojcze Nasz, oraz najdroższe miejsce na cmentarzu na świecie. Według wierzeń, tamtędy przyjdzie Mesjasz i leżąc (właściwie siedząc – w takiej pozycji są chowani Żydzi) tam, będzie się najbliżej Mesjasza i pójścia do nieba. Powoli opuszczamy Jerozolimę i udajemy się do Tyberiady nad jezioro Galilejskie. Po drodze zwiedzamy Jerycho. Później miejsce gdzie Jan Chrzciciel mieszkał i chrzcił. Zresztą do dziś przyjeżdżają tam ludzie, żeby się ochrzcić w Jordanie. Widać tam naokoło ślady niedawnych walk, miejsce dojazdu jest ogrodzone drutem kolczastym i nie wolna wchodzić poza wytyczoną drogę bo nie oczyszczono jeszcze pól z min.

Noc spędzamy nad Jeziorem Galilejskim. Obowiązkowo na kolację jemy rybę świętego Piotra. Odwiedzamy miejsca, gdzie Jezus żył i nauczał, gdzie przemienił wodę w wino. Niezależnie od historii to piękne miejsce, w oddali widać wzgórza Golan, które jeszcze dziś są zasiedlone przez wojska ONZ a granice nie zostały wytyczone na nich na stałe. Wracając do Tel Awiwu odwiedzamy jeszcze Nazaret, kościół Matki Boskiej i dojeżdżamy na stronę Izraela, która graniczy z Morzem Śródziemnym. Odwiedzamy stare miasto w Akka i Hajfę. Na koniec kolacja w porcie Tell Awiw i powoli wracamy do domu. Bardzo dużo się działo w trakcie tego krótkiego pobyty w Izraelu. Dla mnie to duża dawka historii, ale również nowe spojrzenie na to państwo. Więcej wiem i więcej rozumiem. Was też zachęcam 

Nurkowo i historycznie pozdrawiam i zapraszam do Hydrozagadki.
Z nami trudno się nudzić.